Przedstawiamy drugą część relacji Tomka Wiśniewskiego, dzielnie testującego 11-biegową piastę Alfine w rozmaitych imprezach MTB:
„11-12.06. − Liberec (Czechy) – Czekałem na tą imprezę od września zeszłego roku. Rozmach, sposób i jakość przygotowania obnażył braki wszystkich naszych cyklów. Oprócz 24h Maratonu był wyścig XC, 12h wyścig na orientację oraz zawody Dirtowe. Baza dla zawodników przypominała niewielki osiedle. Oprócz powszechnie znanym toaletom Toy-Toy znalazły się w nim kabiny prysznicowe z OGROMNYM bojlerem, który z ledwością został pokonany przez ponad tysiąc osób biorących udział we wszystkich zawodach. Poza godzinami szczytu z rur leciał niemal wrzątek. Było jeszcze coś co w Polsce jest tak bardzo niespotykane, że nawet nie zasłużyło sobie na mit czy legendę – bezpłatna pralnia dla uczestników wyścigu. Zanim padnie pytanie o bufet, już piszę, że było w nim chyba wszystko. Woda, isotonik i ciastka, nie bądźmy śmieszni, należy dodać jeszcze trochę żeli i Red Bulle Shot; obsługę przygotowującą niemal cały czas kanapki z pasztetem, serem czy dżemem, gorący bulion z makaronem oraz herbata przez całą noc; o świcie grzane parówki i świeżutkie pączki. Posiłek regeneracyjny to nie był klejący makaron z pseudo sosem, było sześć dań do wyboru (ja osobiście polecam gulasz z sosem cebulowym). W strefie zmian wielka tablica LED pokazująca zawodników z maty zamykającej pętle wraz z czasem kończonej pętli oraz sumę ukończonych pętli. Na samym środku placu całą noc płonęły dwa koksowniki ułatwiając oczekiwanie na swoją zmianę niwelując trochę zmiany temperatury ciała podczas jazdy i postoju. Całości dopełniał wielki zegar, prawie dwumetrowy, odmierzający czas – Jedną Dobę.
Skoro baza była tak dobrze przygotowana, to jak wypadła trasa? A jeszcze lepiej! Było na niej wszystko co może nas zastać w życiu rowerowym. Asfalt i szuter gdzie 50km/h było kwestią chwili, dwa strome podjazdy na tyle długie, że nie dało się ich szarpnąć z rozpędu. Trochę łąki i przejazd przez las po korzeniach. W połowie pętli kilometr asfaltu pozwalający się napić, na szybko coś przekąsić ale na tyle stromy, że nie pozwalał odpocząć. Zjazdy proste, techniczne oraz kręte, znalazło się też i trochę błotka aby rowery nie wróciły za czyste. Nagle pojawiał się jeszcze kawałek asfaltu, już słychać było muzykę z miasteczka zawodów a na poprawę humoru podjazd może nie za długi, ale mimo, że asfaltowy miękki biegi mile widziane. Z roweru wycisnąłem wszystko co mogłem. Liczba kliknięć obu manetek grubo przekroczyła tysiąc. Czy rower to wytrzymał? Prawie. Na piętnastej pętli po stromym podjeździe na asfalcie było 0,5 kilometrowe wypłaszczenie zakończone 4 metrowym stromym podjazdem tuż za ostrym zakrętem. Wiedząc o tym nie przekładałem łańcucha na dużą zębatkę z przodu, chciałem się posłużyć wysokimi biegami z piasty. Nagły nieprzyjemny zgrzyt nie tylko poinformował mnie o odmowie współpracy ze strony biegu nr.9, ale 10 oraz 11 też uznały wyścig za zakończony. Przypadające na mnie pętle (zdążyłem przejechać jeszcze dwie) pokonałem w czasie, który nie odbiegał od innych. Przy większych prędkościach ratowałem się wysoką kadencją. Niestety nastrój trochę mi oklapł ale ukończenie zawodów ranki Mistrzostw Czech na 10 miejscu w kategorii Par męskich daje mi więcej satysfakcji niż moje dotychczasowe osiągnięcia razem wzięte. Koledzy z drugiej pary nie zawiedli, obiecywali jazdę bez taryfy ulgowej i pokazali, że są wstanie konkurować z niemal profesjonalnymi zespołami zajmując w pełni zasłużenie 3 miejsce.
Na zakończenie dodam podziękowania dla spikera, który zagrzewał zawodników do walki, ogromna liczba słów wypowiedziana przez niego spowodowała, że ledwo słyszalnym zachrypniętym głosem wyczytywał zwycięzców podczas dekoracji. Jednak kiedy w środku nocy krzyczał do mikrofonu zdania, które luźno tłumacząc brzmiały: „Chłopaki, dopiero 2 w nocy, musicie przyspieszyć! Uważajcie na ekipę z Polski! Mocno jedzie!!” na długo utkwiły mi w pamięci. Jeśli zdrowie pozwoli za rok tu wrócę.
P.S. Awaria piasty nie była poważna, a nawet można powiedzieć, że w pewnym sensie jej nie było. Na niewielkim przejeździe błotnym, mały kamień utkwił w rynience na linkę w miejscu przyłącza, powodując niewłaściwe przy indeksowanie biegów 9,10 i 11. Czas naprawy 12 sekund. Mogłem do sprawdzić w strefie zmian po zakończeniu pętli.
Cztery dni schodziło ze mnie zmęczenie po tym wyścigu. Moc wrażeń i wspomnień pozwoliła jakoś przetrzymać ten czas. Niewielkie przejażdżki w tempie spacerowy nie warte nadmiernego wpisu.
23.06. – Łódź, mocny trening w terenie. Pogoda ładna więc należy korzystać. Wraz członkami drużyny przejechaliśmy trasę wyścigu szykowaną na Junior Cup w Łagiewnikach oraz „starą Mazovię”. Nogi wypoczęły w pełni i po takim obciążeniu uzyskałem odpowiedź co z piastą. Wszystko działa bez zarzutu, nie wyczuwam uszkodzeń i nie słyszę niepokojących dźwięków. Rower w pełni sprawny a czeka go ciężki weekend.
25.06. – Łódź, Junior Cup. Słonecznie i ciepło, w sam raz na rodzinne ściganie. Pętla około 5km i nawet 90m przewyższeń. Impreza połączona z Akademickimi Mistrzostwami Łodzi zapowiadała wysoki poziom rywalizacji. XC nie jest moją mocną stroną, więc nie nastawiałem się na wysokie miejsce, ale skoro córka i żona stanęły w szranki, musiałem dać z siebie wszystko. Poza tym interwałowa trasa też będzie dobrym miejscem do porównania Alfine z napędami zewnętrznymi. Po starcie na pierwszych przewyższeniach grupa się nieco rozciągnęła a następnie wyraźnie podzieliła na mocną czołówkę i resztę. Wylądowałem pośrodku, byłem za słaby by utrzymać się w czubie, a zestawienie z przodu 44/28 dobrze pracowało na interwałowym odcinku. Jednak zmieniając bieg na podjeździe łańcuch zaklinował się pomiędzy zębatkami na korbie. Mimo, że szybko go wyszarpnąłem z klinczu ruszyłem na kole ostatniego zawodnika. Nie miałem litości dla sprzętu, pracowałem manetkami na dwie ręce niekiedy uwijając się jak w ukropie i każdą pętlą z mozołem odrabiałem stratę. Kilkukrotnie z piasty wydobyły się trzaski lub zgrzyty wynikające z słabo zazębionego biegu. Gabarytowo piasta jest podobna do poprzedniczki ale większa liczba biegów upchnięta w korpus spowodowała, że niestety układ jest nieco delikatniejszy i trochę słabiej znosi taką szaleńczą jazdę. Wyprzedziłem 9 osób co przy niewielkiej frekwencji można uznać na dobry rezultat. W wynikach wyżej ode mnie były osoby, które uzyskują leprze rezultaty w maratonach MTB, więc poznałem optimum sprzętu reszta zależy już tylko od mojego przygotowania.
26.06. − Kielce (MTB Cross Maraton). Nadal świetna pogoda zachęca do jazdy rowerem. Trasa w dużej mierze pokrywa się z trasą z poprzedniego roku. Jak na dłoni będzie widać porównanie roweru i zawodnika. Na trasie było trochę błota, na którym poradziłem sobie bardzo dobrze, w stosunku do osób z grupy, w której akurat jechałem. Krótkie ramie i krótki wózek w napinaczu powoduje, że linia dolnego łańcucha idzie wyżej zwłaszcza przy jeździe na pierwszym biegu z przodu. Zbieram mniej brudu, trawy i liści więc się nie zapycham a przełożenie z przodu ponad 1 do 1,5 pozwala szybko zmienić moment obrotowy. Reszta zależy już od opon. W stosunku do roku poprzedniego uzyskany czas jest lepszy o 25 minut. Rower i ja zasłużyliśmy na drobne uznanie, mimo startu w XC dzień wcześniej, udało się dojechać do mety bez podchodzenia wszystkich podjazdów i nie upaść na twarz na mecie. W tym roku również podjeżdżaliśmy pod stok narciarski dwukrotnie i mimo, że góral z przełożeniem 22x34 by miał bardziej „miękko” nie ustąpiłem pola przeciwnikom i podjechałem na równi z nimi na biegu pierwszym mając przełożenie 28x20.
Miesiąc czerwiec zakończyłem przejazdem 682km. Mimo moich silnych starań piasta nadal działa bez zarzutu, po problemie z Liberca nie pozostał ślad.”
„11-12.06. − Liberec (Czechy) – Czekałem na tą imprezę od września zeszłego roku. Rozmach, sposób i jakość przygotowania obnażył braki wszystkich naszych cyklów. Oprócz 24h Maratonu był wyścig XC, 12h wyścig na orientację oraz zawody Dirtowe. Baza dla zawodników przypominała niewielki osiedle. Oprócz powszechnie znanym toaletom Toy-Toy znalazły się w nim kabiny prysznicowe z OGROMNYM bojlerem, który z ledwością został pokonany przez ponad tysiąc osób biorących udział we wszystkich zawodach. Poza godzinami szczytu z rur leciał niemal wrzątek. Było jeszcze coś co w Polsce jest tak bardzo niespotykane, że nawet nie zasłużyło sobie na mit czy legendę – bezpłatna pralnia dla uczestników wyścigu. Zanim padnie pytanie o bufet, już piszę, że było w nim chyba wszystko. Woda, isotonik i ciastka, nie bądźmy śmieszni, należy dodać jeszcze trochę żeli i Red Bulle Shot; obsługę przygotowującą niemal cały czas kanapki z pasztetem, serem czy dżemem, gorący bulion z makaronem oraz herbata przez całą noc; o świcie grzane parówki i świeżutkie pączki. Posiłek regeneracyjny to nie był klejący makaron z pseudo sosem, było sześć dań do wyboru (ja osobiście polecam gulasz z sosem cebulowym). W strefie zmian wielka tablica LED pokazująca zawodników z maty zamykającej pętle wraz z czasem kończonej pętli oraz sumę ukończonych pętli. Na samym środku placu całą noc płonęły dwa koksowniki ułatwiając oczekiwanie na swoją zmianę niwelując trochę zmiany temperatury ciała podczas jazdy i postoju. Całości dopełniał wielki zegar, prawie dwumetrowy, odmierzający czas – Jedną Dobę.
Skoro baza była tak dobrze przygotowana, to jak wypadła trasa? A jeszcze lepiej! Było na niej wszystko co może nas zastać w życiu rowerowym. Asfalt i szuter gdzie 50km/h było kwestią chwili, dwa strome podjazdy na tyle długie, że nie dało się ich szarpnąć z rozpędu. Trochę łąki i przejazd przez las po korzeniach. W połowie pętli kilometr asfaltu pozwalający się napić, na szybko coś przekąsić ale na tyle stromy, że nie pozwalał odpocząć. Zjazdy proste, techniczne oraz kręte, znalazło się też i trochę błotka aby rowery nie wróciły za czyste. Nagle pojawiał się jeszcze kawałek asfaltu, już słychać było muzykę z miasteczka zawodów a na poprawę humoru podjazd może nie za długi, ale mimo, że asfaltowy miękki biegi mile widziane. Z roweru wycisnąłem wszystko co mogłem. Liczba kliknięć obu manetek grubo przekroczyła tysiąc. Czy rower to wytrzymał? Prawie. Na piętnastej pętli po stromym podjeździe na asfalcie było 0,5 kilometrowe wypłaszczenie zakończone 4 metrowym stromym podjazdem tuż za ostrym zakrętem. Wiedząc o tym nie przekładałem łańcucha na dużą zębatkę z przodu, chciałem się posłużyć wysokimi biegami z piasty. Nagły nieprzyjemny zgrzyt nie tylko poinformował mnie o odmowie współpracy ze strony biegu nr.9, ale 10 oraz 11 też uznały wyścig za zakończony. Przypadające na mnie pętle (zdążyłem przejechać jeszcze dwie) pokonałem w czasie, który nie odbiegał od innych. Przy większych prędkościach ratowałem się wysoką kadencją. Niestety nastrój trochę mi oklapł ale ukończenie zawodów ranki Mistrzostw Czech na 10 miejscu w kategorii Par męskich daje mi więcej satysfakcji niż moje dotychczasowe osiągnięcia razem wzięte. Koledzy z drugiej pary nie zawiedli, obiecywali jazdę bez taryfy ulgowej i pokazali, że są wstanie konkurować z niemal profesjonalnymi zespołami zajmując w pełni zasłużenie 3 miejsce.
Na zakończenie dodam podziękowania dla spikera, który zagrzewał zawodników do walki, ogromna liczba słów wypowiedziana przez niego spowodowała, że ledwo słyszalnym zachrypniętym głosem wyczytywał zwycięzców podczas dekoracji. Jednak kiedy w środku nocy krzyczał do mikrofonu zdania, które luźno tłumacząc brzmiały: „Chłopaki, dopiero 2 w nocy, musicie przyspieszyć! Uważajcie na ekipę z Polski! Mocno jedzie!!” na długo utkwiły mi w pamięci. Jeśli zdrowie pozwoli za rok tu wrócę.
P.S. Awaria piasty nie była poważna, a nawet można powiedzieć, że w pewnym sensie jej nie było. Na niewielkim przejeździe błotnym, mały kamień utkwił w rynience na linkę w miejscu przyłącza, powodując niewłaściwe przy indeksowanie biegów 9,10 i 11. Czas naprawy 12 sekund. Mogłem do sprawdzić w strefie zmian po zakończeniu pętli.
Cztery dni schodziło ze mnie zmęczenie po tym wyścigu. Moc wrażeń i wspomnień pozwoliła jakoś przetrzymać ten czas. Niewielkie przejażdżki w tempie spacerowy nie warte nadmiernego wpisu.
23.06. – Łódź, mocny trening w terenie. Pogoda ładna więc należy korzystać. Wraz członkami drużyny przejechaliśmy trasę wyścigu szykowaną na Junior Cup w Łagiewnikach oraz „starą Mazovię”. Nogi wypoczęły w pełni i po takim obciążeniu uzyskałem odpowiedź co z piastą. Wszystko działa bez zarzutu, nie wyczuwam uszkodzeń i nie słyszę niepokojących dźwięków. Rower w pełni sprawny a czeka go ciężki weekend.
25.06. – Łódź, Junior Cup. Słonecznie i ciepło, w sam raz na rodzinne ściganie. Pętla około 5km i nawet 90m przewyższeń. Impreza połączona z Akademickimi Mistrzostwami Łodzi zapowiadała wysoki poziom rywalizacji. XC nie jest moją mocną stroną, więc nie nastawiałem się na wysokie miejsce, ale skoro córka i żona stanęły w szranki, musiałem dać z siebie wszystko. Poza tym interwałowa trasa też będzie dobrym miejscem do porównania Alfine z napędami zewnętrznymi. Po starcie na pierwszych przewyższeniach grupa się nieco rozciągnęła a następnie wyraźnie podzieliła na mocną czołówkę i resztę. Wylądowałem pośrodku, byłem za słaby by utrzymać się w czubie, a zestawienie z przodu 44/28 dobrze pracowało na interwałowym odcinku. Jednak zmieniając bieg na podjeździe łańcuch zaklinował się pomiędzy zębatkami na korbie. Mimo, że szybko go wyszarpnąłem z klinczu ruszyłem na kole ostatniego zawodnika. Nie miałem litości dla sprzętu, pracowałem manetkami na dwie ręce niekiedy uwijając się jak w ukropie i każdą pętlą z mozołem odrabiałem stratę. Kilkukrotnie z piasty wydobyły się trzaski lub zgrzyty wynikające z słabo zazębionego biegu. Gabarytowo piasta jest podobna do poprzedniczki ale większa liczba biegów upchnięta w korpus spowodowała, że niestety układ jest nieco delikatniejszy i trochę słabiej znosi taką szaleńczą jazdę. Wyprzedziłem 9 osób co przy niewielkiej frekwencji można uznać na dobry rezultat. W wynikach wyżej ode mnie były osoby, które uzyskują leprze rezultaty w maratonach MTB, więc poznałem optimum sprzętu reszta zależy już tylko od mojego przygotowania.
26.06. − Kielce (MTB Cross Maraton). Nadal świetna pogoda zachęca do jazdy rowerem. Trasa w dużej mierze pokrywa się z trasą z poprzedniego roku. Jak na dłoni będzie widać porównanie roweru i zawodnika. Na trasie było trochę błota, na którym poradziłem sobie bardzo dobrze, w stosunku do osób z grupy, w której akurat jechałem. Krótkie ramie i krótki wózek w napinaczu powoduje, że linia dolnego łańcucha idzie wyżej zwłaszcza przy jeździe na pierwszym biegu z przodu. Zbieram mniej brudu, trawy i liści więc się nie zapycham a przełożenie z przodu ponad 1 do 1,5 pozwala szybko zmienić moment obrotowy. Reszta zależy już od opon. W stosunku do roku poprzedniego uzyskany czas jest lepszy o 25 minut. Rower i ja zasłużyliśmy na drobne uznanie, mimo startu w XC dzień wcześniej, udało się dojechać do mety bez podchodzenia wszystkich podjazdów i nie upaść na twarz na mecie. W tym roku również podjeżdżaliśmy pod stok narciarski dwukrotnie i mimo, że góral z przełożeniem 22x34 by miał bardziej „miękko” nie ustąpiłem pola przeciwnikom i podjechałem na równi z nimi na biegu pierwszym mając przełożenie 28x20.
Miesiąc czerwiec zakończyłem przejazdem 682km. Mimo moich silnych starań piasta nadal działa bez zarzutu, po problemie z Liberca nie pozostał ślad.”
